Zemsta za mur graniczny Drukuj
Wspomnienia - Lucjan Wolanowski
Autor: Lucjan Wolanowski   
Wtorek, 29.01.2008 08:39
W nieustannym podziwie dla „najwspanialszych kłamstw" Australii — Markowi Twainowi mógłby podać rękę nasz Alek­sander Fredro, gdyby dowiedział się, że Australijczycy wysta­wili jego „Zemstę". Aby nie było nieporozumień, nadmienię od razu, że podobnej obsady ani scenografii nie dałby tej komedii żaden teatr w Polsce. Nikt nie podołałby zresztą kosztom takiej imprezy, która od 1839 roku nie schodzi z afisza...

Inna sprawa, że ani występujące w inscenizacji rządy dwóch stanów Związku Australijskiego, ani spadochroniarze, ani farmerzy, ani inni sta­tyści nie zdają sobie sprawy, że sytuację wymyślił polski kome­diopisarz dawno, dawno temu...

Bitwa, jaka toczy się między stanem Wiktoria a stanem Au­stralia Południowa, może zakasować tradycyjne szlacheckie waśnie o miedzę. A toczy się o słupki graniczne i 54 mile kwa­dratowe morza. W 1834 roku Brytyjczycy postanowili, że granicą będzie 141 stopień długości. W pięć lat potem ustawiono więc słupki graniczne, ale zainteresowane strony zakwestionowały ich dokładność. W 1847 roku Londyn kazał więc wytyczyć gra­nicę ponownie, ale zapobiegliwy rząd Wiktorii podobno za niewielką łapówkę uzyskał „pomyłkę" mierniczych. Australia Południowa zaangażowała zespół fachowców, którzy ustalili, że granica powędrowała prawie o trzy mile na zachód, a więc że Wiktoria zagarnęła prawem kaduka 140 tysięcy hektarów grun­tu. Granica miała więc cofnąć się znów na wschód, ale Wiktoria wyśmiała swych sąsiadów, a w roku 1901 rząd stanu sprzedał 10 tysięcy hektarów spornego gruntu hodowcom i farmerom. Wtedy stan Australia Południowa skierował sprawę do Sądu Najwyższego Australii, domagając się nie tylko zwrotu gruntu, ale i opłacenia podatków oraz wpływów ze sprzedaży uzyska­nych na tych terenach ziemiopłodów od 1850 roku wstecz! Do­stojni sędziowie obradowali dwadzieścia dwa dni i przyznali rację Wiktorii i jej przesuniętej granicy...

Na początku pierwszej wojny światowej Australia Południowa zaskarżyła sąsiadów przed Tajną Przyboczną Radą Królewską w Londynie, a więc przed najwyższą instancją Brytyjskiego Imperium. Nic więc dziwnego, że teraz sędziowie obradowali niemal trzykrotnie dłużej niż ich australijscy koledzy, ale jed­nak po sześćdziesięciu trzech dniach debat — odrzucili roszczenia Australii Południowej.

Aż do marca 1966 roku zacni obywatele stanu Australia Po­łudniowa tłamsili w sobie poczucie krzywdy. Wzięto się za łby z sąsiadami dopiero wtedy, kiedy się okazało, że wybrzeże na granicy między stanami kryje bogactwo nafty. To już nie były żarty, ta nafta ma w najbliższym ćwierćwieczu przynieść 750 milionów dolarów, a że wpływy z tytułu licencji za wydobycie zasilają kasy rządu stanu, więc było się koło czego zakrzątnąć, tym bardziej że jeszcze ze ćwierć miliona dolarów rocznie win­no wpłynąć z podatków pośrednich.

Mając złe doświadczenia z wymiarem sprawiedliwości, Austra­lia Południowa postanowiła postawić sędziów przed faktem do­konanym, to znaczy że znowu wszczęła proces, ale równocześnie „na pniu" sprzedała licencję na wydobycie przybrzeżnej nafty. A zarazem postawiono w stan alarmu płetwonurków, zmobilizo­wano członków aeroklubów z ich sekcjami spadochroniarzy, czekali w pogotowiu ze swymi awionetkami farmerzy, aby siłą odeprzeć zachłannych sąsiadów.


Nafciarze przyholowali z Japonii pływającą wieżę wiertniczą do poszukiwań podmorskich, która ma 115 metrów wysokości i kosztuje bagatelną sumkę: 8 milionów dolarów. Na froncie prawniczym miano powierzyć spór do rozpatrzenia Międzyna­rodowemu Trybunałowi Sprawiedliwości w Hadze. Premier Australii Południowej sprzeciwił się jednak, wyjaśniając, że „przewodniczący Trybunału — sir Spender, co prawda jest Australijczykiem jak my wszyscy, ale że pochodzi ze wschod­niego wybrzeża, więc my nie wierzymy, iż jest bezstronny..." W styczniu 1967 roku burza zerwała z kotwicy pływającą wieżę i wpakowała ją na mieliznę, zaś w lutym tegoż roku zmarł sir Spender. Trzeba więc zaczekać, nim wieża wróci na miejsce, a sprawa wejdzie na wokandę. Dalszy ciąg nastąpi — może w następnym wydaniu tej książki będę mógł przekazać następny odcinek tego sporu o mur graniczny na dole globusa.

/tekst pochodzi z książki Lucjana Wolanowskiego "Poczta do Nigdy-Nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka" wydanej przez wydawnictwo Czytelnik w 1968 roku./

 

Lucjan Wolanowski, właściwie Lucjan Kon (ur. 26 lutego 1920 w Warszawie, zm. 20 lutego 2006 w Warszawie), pisarz, dziennikarz, podróżnik, tłumacz.
Studiował na Wydziale Elektrochemii i Elektrometalurgii Instytutu Politechnicznego w Grenoble (Francja). Latem 1939 r. wrócił na wakacje do Polski i tu zastała go II wojna światowa. W 1941 r. został zaprzysiężony w Związku Walki Zbrojnej, od 1942 r. był żołnierzem Armii Krajowej. Uczestniczył w ruchu oporu, prowadząc nasłuch radiowy zagranicznych stacji (m.in. BBC) i przygotowując komunikaty dla polskiego podziemia.

Debiutował w 1941 r. w piśmie konspiracyjnym  "Kronika Tygodniowa" (felietonami pt.: Historyjki w cieniu historii, pod pseud. Wilk), potem w wielonakładowej popołudniówce  "Dzień Warszawy" (1943 - 1944).
Po zakończeniu wojny  pracował w Polskiej Agencji Prasowej (1945-1951). Był m.in. sprawozdawcą z konferencji dla zagranicznych dziennikarzy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Warszawie.

W 1950 r. ożenił się z Anną Bożenną Szumowską (obecnie Anna Wolan, ur. 1924), poznaną w PAP-ie, późniejszą śpiewaczką, solistką Opery Poznańskiej (małżeństwo trwało do 1969 r.). 4 marca 1952 r. urodziła się ich córka, Anna Helena, mieszkająca od końca lat 60. w Australii.

Był członkiem redakcji czasopism:"Świat" (1951-1969), "Dookoła Świata" (1969-1976); "Magazyn Polski" (1976-1984).  Współpracował też z czasopismami:  "Przekrój”, "Express Wieczorny", "Poznaj Świat", "Nowe Książki", "Kontynenty", "Życie Warszawy", "Vlasta" (Praga), "Kulisy".
W latach 60. odbył wiele podróży reporterskich, w tym kilka dookoła świata. Był akredytowany przy wojskach ONZ (1962-1963) w czasie operacji desantowych na Nowej Gwinei. W 1965 r. był stypendystą Departamentu Stanu USA, otrzymał też honorowe obywtelstwo Springfield w amerykańskim stanie Illinois. Był obecny na Przylądku Kennedy'ego w czasie wystrzelenia pojazdu kosmicznego "Gemini 5".
W latach 1967-1968 pełnił funkcję doradcy Wydziału Informacji Światowej Organizacji Zdrowia WHO w Genewie, a następnie w rejonie Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii (m.in. w New Delhi, Bangkoku i Manili). Był autorem reportaży o zwalczaniu chorób tropikalnych i handlu narkotykami na Filipinach, w Tajlandii, Hongkongu, Sarawaku, Sabah i Brunei.

Od 1984 r. na wcześniejszej emeryturze.

Autor 25 książek reportażowych, wielokrotnie wznawianych i przekładanych na obce języki. Mieszkał na warszawskim Mokotowie.

Zapraszamy na stronę poświęconą Lucjanowi Wolanowskiemu: www.wolanowski.com