| PĘD PO WI(ED)ZĘ |
|
|
| Studenci i emigracja - Studenci i emigracja |
| Autor: Magda Khan |
| Środa, 12.11.2008 05:54 |
|
Strona 1 z 2
Australia –kraj mlekiem i miodem płynący. Kangury, misie koala, czerwone piaski rozgrzanej wspaniałym słońcem ziemi. Uśmiechnięci ludzie, plaże, deski surfingowe. Ogrom błękitnego, bezchmurnego nieba i fale z lekkim szumem rozmywające krystalicznie czysty piasek. Kraj, który czeka na każdego z otwartymi ramionami. Taka jest Australia?
Tak. Na folderach i stronach internetowych firm zachęcających do sudiowania w tym kraju.
Niestety rzeczywistość bardzo odbiega od tej reklamowanej idylli. Szczególnie wtedy, kiedy osoba wyjeżdżająca na studia trafi na nieuczciwego pośrednika. No i oczywiście wtedy, kiedy nie odrobi ona „pracy domowej” przed wyjazdem.
Opisany poniżej przykład (historia prawdziwa!) to chyba jeden z najbardziej jaskrawych przypadków i dowód na to, że najlepiej polegać wyłącznie na sobie i zdecydowanie nie liczyć na to, ze rodak rodakowi bratem. Imiona i niektóre informacje dotyczące bezpośrednio bohaterów tej historii zostały zmienione. Historia opublikowana została za zgodą głównej bohaterki i na jej prośbę- z nadzieją, że będzie przestrogą dla innych. ------------------------------------------
Iza od dawna marzyła o Australii. Marzenie to jednak było zbyt odległe i nieosiągalne. Maż, rodzina, praca- wszystko to odsunęło młodzieńcze plany na bok. Aż do czasu....
Pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, Iza trafiła na targi edukacyjne. Tak naprawdę szukała oferty nauki języka angielskiego gdzieś na obozie w Polsce dla swojej dorastającej córki. Znalazła kilka ciekawych miejsc, ale też trafiła na krakowską firmę, której specjalnością były wyjazdy do szkół językowych w Australii. Odżyły dawne marzenia. Żeby choć raz zobaczyć ten kraj! Mogłaby pojechać tam na kilka miesięcy z córką! Barwne katalogi i krzyczące z nich obietnice innego, lepszego świata. Niestety- wszystkie prezentowane oferty okazały się bardzo drogie. Iza postanowiła odwiedzić kolejne targi. Pół roku później trafiła na kogoś, kto miał odmienić jej życie. Na kolejnych Targach poznała Roberta - młodego, przystojnego i eleganckiego przedstawiciela firmy pośredniczącej w wyjazdach do Australii.Oczarował Izę juz po pierwszych kilku minutach. Zaufała mu tym bardziej, że na stałe mieszkał w Australii, więc wszystkie wiadomości o realiach studiowania i życia pochodziły z pierwszej ręki. Oferta cenowa była bardzo atrakcyjna. Ale było coś jeszcze. Robert podsunął Izie wizję jeszcze piękniejszą – wyjazd na stałe do Australii. Kurs językowy miałby być tylko wstępem i przygotowaniem do wspaniałej przyszłości dla całej rodziny. Kolorowa ulotka wręczona Izie wielkimi literami głosiła- NAUKA I PRACA-KURSY STAŻOWE! Iza postanowiła przekonać do wyjazdu męża, co okazało sie nie tak proste jak myślała. Mąż Izy nie chiał zrezygnować z dotychczasowego życia. Obydwoje przekroczyli już 40-stkę, obydwoje mieli tu pracę, rodzinę, przyjaciół. On, znany w miasteczku psycholog, ona – przedszkolanka. Postanowili jednak odwiedzić polski oddział firmy Roberta i dowiedzieć się więcej. Tym bardziej, że w Wiadomościach usłyszeli, że w Australii stopa bezrobocia spada z kwartału na kwartał i kraj ten potrzebuje coraz więcej ludzi do pracy. Firma X okazała się bardzo imponująca. Oddziały w wielu krajach, wiele obietnic, bogata oferta i przemiła obsługa. Dziewczyny w biurze z przekonaniem opowiadały o wspaniałym życiu w Australii (mimo tego, iż żadna z nich nigdy w Australii nie była). Obie zgodnie potwierdzały, że zawód Izy jest w Australii bardzo przydatny i Iza nie będzie miała żadnych problemów z otrzymaniem wizy stałego pobytu. Przyznały, że dokładnie nie znają procesu ubiegania się o wizę, ale poradziły, aby zabrać ze sobą dokumenty potwierdzające edukację i doświadczenie zawodowe. Po ukończonym kursie języka angielskiego otrzymanie wizy stałego pobytu miało być niemal automatyczne........ To, co ostatecznie przekonało Izę i jej męża, to obietnica opieki tam, na miejsciu. Iza wykupiła dla siebie 26-tygodniowy kurs języka angielskiego, tak jak poradził Robert podczas rozmowy na Targach Edukacyjnych. Wybrała też uczelnię w mieście gdzie mieszkał i pracował Robert wierząc, że uzyska od niego obiecaną w ulotkach pomoc. Wykupiła najdroższą opcję „opieki” ponieważ razem z mężem chcieli, aby wszystko przebiegło bez problemów. Odbiór z lotniska, mieszkanie, natychmiastowa pomoc w razie potrzeby, profesjonalne doradztwo w procesie poszukiwania pracy oraz- uwaga- doradztwo w sprawie przedłużenia wizy i ewentualnej chęci wyboru innego kursu. Rozpoczęli przygotowania do wyjazdu. Opierając się wyłącznie na inforacjach otrzymanych od Roberta i usłyszanych w firmie X byli przekonani iż nie będą mieli problemu ani ze znalezieniem pracy ani ze zmianą wizy studenckiej na stały pobyt. Czekali tylko na zakończenie egzaminów maturalnych córki. Kolejne kilka miesięcy spędzili na oszczędzaniu każdego grosza, pakowaniu dobytku, zbieraniu dokumentów i zamykaniu dotychczasowego życia.......... Australia powitała ich przepiękną ciepłą jesienną pogodą. Na lotnisku czekał Robert, który miał zabrać ich do przygotowanego wcześniej lokum. Niestety, to były ostatnie miłe doznania..............
Obiecane „shared student accomodation” okazało się pokojem z jednym łóżkiem i dodatkowym wilgotnym materacem w obdrapanym drewnianym budynku, który bardziej przypominał barak niż dom. Cztery pokoje, jedna wspólna kuchnia i łazienka. Inni lokatorzy to dwóch Libańczyków i jeden Hindus. Otoczenie też nie napawało optymizmem- wysokie kominy spalarni śmieci, ściany i okna nieczynnego sklepu pokryte graffiti, niska zabudowa przypominająca bardziej wieś niż wielka metropolię jakiej się spodziewali i puste ulice. Robert zostawił ich samych i obiecał przyjechać następnego dnia, aby pomóc załatwiać wszystkie niezbędne formalności na uczelni i w banku. Iza przygotowała swoje dokumenty dotyczące historii jej pracy i wykształcenia. Zmęczeni i przygnębieni mieli nadzieję, że kolejny dzień okaże się znacznie lepszy. Nie wiedzieli, jak bardzo się mylili i ile będą musieli zapłacić za swoją naiwność......
Robert pojawił się tak jak obiecał. Po załatwieniu wszystkich formalności w szkole Izy i banku zabrał cała rodzinę na kawę i rozmowę. Nigdy nie spodziewali się tego, co za chwilę mieli uslyszeć. Po pierwsze Robert powiedział, że Iza musi wykupić też szkołę dla swojej córki, ponieważ wkrótce kończy ona 18 lat i to jedyna dla niej szansa na pozostanie w Australii. W trakcie wcześniejszych rozmów w Polsce ani Robert ani osoby w biurze X nie wspomniały ani słowem o takiej konieczności, mimo iż wiedzieli o sytuacji rodziny. Iza planowała, że Agata rozpocznie studia dopiero po dostaniu przez rodzinę wizy stałego pobytu. Slyszała, że wtedy studia są dużo tańsze. Robert rozwiał te plany pytając ostro czy Iza chce mieć córke w Australii czy nie. Po drugie poinformował Izę, że żaden z przetłumaczonych w Polsce dokumentów nie może być tu użyty, ponieważ urzędy australijskie uznają tylko i wyłącznie tłumaczenia dokonane przez australijskich tłumaczy zarejestrowanych przez organizację zwaną NAATI. „Na szczęście” dobry znajomy Roberta posiadał takie uprawnienia i dla klientów Roberta wprowadził nawet specjalne rabaty. Po trzecie Robert zdecydowanie stwierdził, że z uznaniem kwalifikacji zawodowych Izy trzeba czekać aż do ukończenia przez nią kursu języka angielskiego. Co więcej, musi ona najpierw zaliczyć egzamin, zwany IELTS, na co najmniej 7.5 punktów. A do tego Izie bardzo daleko, wiec na razie powinna skoncentrować sie wyłącznie na swojej szkole i zapomnieć o jakimkolwiek uznawaniu kwalifikacji, bo i tak „nikt z nią nie będzie chciał rozmawiać bez IELTSa”. Po czwarte Iza usłyszała, że na znalezienie pracy ani ona ani jej mąż nie mają większych szans ze względu na znikomą znajomość języka angielskiego. Ale na to też Robert miał rozwiązanie. Znał tu kilka osób, które mogą im pomóc i zatrudnić w swoich „firmach”. „Profesjonalna”pomoc w procesie poszukiwania pracy ograniczyła się do dania Izie jednostronicowej kopii CV napisanego dla .... mechanika samochodowego. Robert powiedział, że wystraczy tylko trochę zmienić dane i CV będzie OK.... Iza nie znała tu nikogo. Na uczelni był jeden Polak, ale też dopiero tu przyjechal i też nie znał angielskiego. Szkoła była według niej w porządku. Mały College w City, wiekszość studentów stanowili Azjaci i Hindusi. Po kilku tygodniach Iza postanowiła wykupić u Roberta roczne studium grafiki komputerowej dla swojej córki. 12 tyś $ stanowiło pokaźną część rodzinnych oszczędności. Trzeba było jak najszybciej znaleźć pracę, tym bardziej, że mieszkanie w dotychczasowych warunkach było nie do zaakceptowania. Mąż Izy rozpoczął „jedyną dostępna” według Roberta pracę w polskiej firmie. Praca, głównie wieczormi i nocami, polegała na sprzątaniu nowowybudowanych domów. Ciężki wysiłek fizyczny i zmęczenie pomagało zapomnieć, że nie tak wyobrażał sobie spełnienie marzenia Izy.... No i te 10$ na godzinę było lepsze niż nic. Dziwiło go tylko, że właścicel firmy, odwlekał ciągle podpisanie umowy o pracę. Iza z córką rozpoczęły pracę w kuchni jednej z rybnych restauracji. Własciciel, znajomy Roberta, nie był zadowolony z pracy kobiet i nie zawsze wypłacał im pełną stawkę, mówiąc, że są za wolne i że jeszcze wiele muszą sie nauczyć. Też o podpisaniu umowy nikt nawet nie wspomiał.... Agata, córka Izy nie była zadowolona z poziomu nauczania w swojej szkole. Wykładowcy często spóźniali się na zajęcia, czasami wcale się nie pojawiali. Z grupy 26-osobowej na zajęciach pojawiało sie zazwyczaj 8-10 osób. Program też nie był imponujący. Wiekszość Agata przerabiała w polskim liceum rok wcześniej. Postanowiła zapytać Roberta o możliwość zmiany uczelni. Jej marzeniem byly studia na jednym z uniwestytetów. Robert jednak szybko zakończyl rozmowę twierdząc, że austalijskie uniwersytety nie przyjmuja zagranicznych studentów i jedyną opcją są studia w prywatnych Collegach. Mimo rozczarowań Iza ciągle wierzyła Robertowi. Była mu wdzięczna za pomoc w znalezieniu pracy i pomoc w pierwszych dniach. Pierwsze wątpliwości pojawiły sie po zmianie mieszkania. Okazało sie, że za zaledwie kilkanaście $ tygodniowo więcej mogli sami zamieszkać w czystym i prawie nowym domku kilka ulic dalej. |





